Historia nr 5 #projekt_tęcza

Kasia Z.​

Pobraliśmy się bardzo młodo – ja miałam 21 lat, mąż 22. Od razu wiedzieliśmy, że chcemy mieć dzieci. Nie chcieliśmy czekać, nie mieliśmy na co. Ale czekaliśmy – ponad rok. Kilkanaście razy, każdego miesiąca czekało nas rozczarowanie. Ciągle nie byłam w ciąży. Aż w końcu pewnego pięknego letniego dnia miesiączka zaczęła mi się spóźniać. Byliśmy zachwyceni! Szybko zrobiłam test – pozytywny. Obdzwoniliśmy rodzinę, umówiłam się do lekarza, policzyłam przewidywany termin porodu – 1 maja! – w moje urodziny! CUDOWNA wiadomość. Czułam się, jakbym dostała najlepszy prezent.

Sielanka trwała trzy tygodnie. Tyle mogłam się nacieszyć świadomością istnienia mojego pierwszego dziecka. 13 września 2016 r. zaczęłam krwawić, pojechaliśmy do szpitala. Zgłosiłam się na izbę – uznano, że mogę czekać, to nic takiego – wiele kobiet we wczesnej ciąży przecież plami. Po jakichś dwóch godzinach czekania położna zawołała mnie do gabinetu. Kazali położyć się na fotelu, zaczęli badanie – i wtedy zaczęłam naprawdę ronić.

Płakałam bardzo, bo właśnie traciłam bardzo ważną część mojego życia, bardzo ważną część siebie. Starsza położna trzymała mnie za rękę i mówiła: nie płacz, dziecko, nie płacz. Ale ja potrzebowałam płakać, bardzo potrzebowałam.

O ciąży, której efektem jest Franciszek, dowiedziałam się dwa miesiące później. Bardzo się cieszyłam, ale byłam pełna obaw. Odetchnęłam, kiedy zobaczyłam bijące serce, ale bałam się do końca ciąży. 

Bałam się, bo ja sama jestem takim Tęczowym Dzieckiem – mój starszy brat zmarł pod koniec ciąży. Ale jednocześnie coś się we mnie zmieniło, coś się zmieniło w moim nastawieniu. Nie traktowałam już tej ciąży jako mojego sukcesu, a dziecka jako naturalnego następstwa miłości rodziców. Zrozumiałam, że dziecko nie jest moją własnością, czymś, co mi się należy. Dziecko jest darem, każde dziecko. 

Byłam – i do dziś jestem – bardzo wdzięczna Bogu za doświadczenie straty, bo ono nauczyło mnie, żeby nie brać wszystkiego za pewnik, ale być wdzięczną za wszystko, co przychodzi.

Gdy Franek skończył pół roku, okazało się, że jestem w kolejnej ciąży. Po zakończonej z sukcesem i bez komplikacji poprzedniej ciąży nie miałam w sobie strachu o to dziecko. Bałam się raczej reakcji otoczenia, oceny. I słusznie – usłyszałam wtedy sporo przykrych słów. Że za szybko, że dlaczego nie uważamy, że jesteśmy nieodpowiedzialni, że przecież Franek taki malutki. Trzy tygodnie później zaczęłam krwawić…

Historia się powtórzyła – znowu izba przyjęć, oczekiwanie, badanie, USG i rozpoznanie poronienia zupełnego samoistnego. Tym razem przyjęłam to spokojniej, niż za pierwszym razem. Czułam, jakbym kogoś straciła, kogoś bardzo ważnego, ale nie czułam pustki. Wiedziałam, że z pierwszej straty Pan Bóg wyprowadził dobro, nauczył mnie szanować każde życie i każde dziecko traktować jako dar. Wiedziałam, że i tym razem tak będzie. Zaufałam, że tak będzie. 

6 tygodni po poronieniu poszłam na kontrolne USG. Lekarz przyłożył głowicę i… zobaczył pęcherzyk ciążowy, na oko trzytygodniowy. Jeszcze bez akcji serca, ale był –Bartek. Bardzo się ucieszyliśmy! Czuliśmy się naprawdę hojnie obdarowani.

Dziś moi chłopcy mają 3 lata i 1,5 roku, a ja jestem w kolejnej ciąży. Kolejny raz muszę odpowiadać na pytania lekarzy, zadawane zupełnie rutynowo.

-Która ciąża? 

-Piąta. 

– Piąta?! 

I każdemu muszę to od nowa wyjaśniać, tłumaczyć, przedstawiać chronologię zdarzeń. Ale nie czuję już bólu. Czuję wdzięczność do Boga za moją historię, za dar każdego z moich dzieci, bo bez nich i bez tych wszystkich doświadczeń nie byłabym dziś tym, kim jestem.

Close Menu