Historia nr 4 #projekt_tęcza

Sylwia

Maj, rok 2014. Pół roku po skończonych studiach i tyle samo w nowej pracy. Nagle okazało się, że miesiączka się spóźnia… Zrobiłam test i.. zaskoczenie. Nie było to zaplanowane, przecież jeszcze mieszkaliśmy na wynajmowanym mieszkaniu, dopiero wszystko zaczyna się układać, a tu taka zmiana! 

Po pierwszym szoku bardzo się ucieszyliśmy. Zachowując tę nowinę na razie tylko dla siebie, poszłam do lekarza. To co tam usłyszałam zbiło mnie totalnie z tropu: prawdopodobnie puste jajo. Był to 7 tydzień, więc lekarz zalecił kolejne USG za tydzień. Ten tydzień to najdłuższy dla mnie w tamtym czasie w życiu. Czekaliśmy, mieliśmy jeszcze nadzieję, że tym razem usłyszymy coś innego. Niestety kolejna wizyta potwierdziła poprzednią diagnozę – nie było żadnej akcji serca..:(
Dostałam skierowanie do szpitala. W szpitalu brak miejsc, kazali przyjść za 2 dni. Niestety już następnego dnia rano poronienie zaczęło się samoistnie…Wróciliśmy do szpitala. Zrobili mi zabieg… i ta pustka, którą wypełniło się moje serce. Morze wylanych łez, poczucie niesprawiedliwości, brak zrozumienia i ogromny żal – teemocje i uczucia wypełniały moje kolejne dni…

Po 2 tygodniach zwolnienia lekarskiego wróciłam do pracy, nikt nie znał powodu mojej nieobecności i „choroby”, a ja postanowiłam, że nie ma o czym mówić. Zmierzyliśmy się z tym sami z mężem, nie wiem czy dobrze czy źle. Przeżywasz osobistą stratę, nie masz ochoty opowiadać o tym nikomu.

Wtedy zapragnęliśmy dziecka jeszcze bardziej, ale wiedzieliśmy, że trzeba się dobrze przygotować. Zaczęliśmy od badań. Okazało się, że hormony tarczycy w ciąży były bardzo podwyższone. To był pierwszy trop, żeby jeszcze przed kolejną ciążą zbadać tarczycę i od razu na początku ciąży włączyć leczenie. Ostatni etap to było USG, na którym lekarz nie stwierdził żadnych nieprawidłowości i dał zielone światło.

Starania trwały kilka miesięcy i w końcu się udało – był to maj roku 2015. Pełni
nadziei, ale i obaw potwierdziliśmy ciążę. Niestety od razu zaczęły się problemy; krwawienia, ciąża zagrożona od samego początku – wyrok krwiak podkosmówkowy. Mój świat się zawalił. Dostałam zalecenia leżenie w łóżku, od wizyty do wizyty kontrola krwiaka. 

Wytrwaliśmy i doszliśmy do etapu USG pierwszego trymestru. Lekarz dał nadzieję, że krwiak się jeszcze może wchłonąć. Na tym samym USG słyszeliśmy bicie serca i widzieliśmy nasze dziecko, które rosło według norm.. tylko ten krwiak. Przez kolejny miesiąc nadal leżałam wierząc, że będzie dobrze, robiłam
wszystko, walczyłam o nasze dziecko.

Byłam pewna, że wszystko jest dobrze, przecież praktycznie nie wstawałam z łóżka. Tylko leżałam i leżałam walcząc, licząc, że jak przetrwamy jeszcze trochę to już będzie „bezpiecznie”. 

Na wizycie miesiąc później okazało się coś zupełnie przeciwnego – nie ma akcji serca. Nie dotarło to do mnie. Jak to nie ma? Przecież serce biło słyszałam ostatnio… Jak to teraz nie ma?! Lekarz zabrał mnie do innej sali na inny aparat USG, ale tamten pokazał dokładnie to samo.. Najgorsze było w tym to, że dziecko odpowiadało wielkości ok. 12 tygodnia i jego serce zatrzymało się prawdopodobnie niedługo po poprzednim USG. A ja leżałam walczyłam o nie, kiedy ono przez cały prawie miesiąc było we mnie już nieżywe. Tylko leki podtrzymujące ciąże zapobiegły poronieniu. Znów dostałam skierowanie do szpitala, kolejny zabieg i pustka, totalna pustka. 

Było lipiec 2015.

Wtedy dotarłam na skraj załamania. Tym razem mimo, że nie od razu współpracownicy znali przyczynę mojej nieobecności w pracy. To mnie okropnie paraliżowało, na samą myśl o powrocie i zmierzeniu się z tymi spojrzeniami (wydawało mi się pytającymi) dostawałam jeszcze większego stresu. W końcu powrót do pracy mnie uratował, mogłam skupić myśli na innym temacie, a ludzie byli naprawdę bardzo wyrozumiali. Nikt o nic nie pytał, zachowali się bardzo taktownie. Teraz wiem, że ten strach aby nie dzielić się tymi przeżyciami był nieuzasadniony, a rozmowa i opowiedzenie komuś swojej historii jest bardzo wyzwalające. Trzeba tylko znaleźć osobę, która potrafi słuchać, bo w takiej sytuacji nikt nic nie doradzi, najlepiej jak wysłucha. 

Słowa muszą wybrzmieć, żałobę trzeba przeżyć.

Potem skupiliśmy się na „znalezieniu przyczyny”. Wpisuje to w cudzysłów bo niestety często nie da się określić przyczyny. Człowiek szuka jakiś wad w sobie, obwinia się. Teraz patrząc z dystansu i szerszej perspektywy, owa „przyczyna” może nigdy nie zostać poznana. Taka jest natura. 

Z polecenia trafiliśmy do lekarza, specjalisty. Zlecił różne badania laboratoryjne, ale kilka miesięcy po poronieniu i zabiegu na USG widać było jakąś zmianę w macicy podejrzenie: mięśniak – kolejna kłoda pod nogi;
prawdopodobnie trzeba będzie zrobić laparoskopię. I wtedy od mojej znajomej lekarki z innej zupełnie specjalizacji usłyszałam o zielonej żywności Green Ways: chlorelli i zielonym jęczmieniu. Rozpoczęłam regularne jedzenie zielonych suplementów. 

Już na kolejnej wizycie stało się niemożliwe- zmiana zniknęła, wchłonęła się czy wydaliła, w każdym razie nie ma nic co by mogło stać dalej na przeszkodzie, dostaliśmy zielone światło i podejście do próby nr 3. 

Był to grudzień 2015, a w maju 2016 zobaczyłam 2 kreski!! 

Ciąża od początku pod ścisłą kontrolą endokrynologa oraz leczenie tarczycy i leki podtrzymujące ciąże, poza tym przebiegała książkowo, w pierwszym trymestrze jakieś mdłości, ale wymioty mnie zawsze oszczędzały. 

W lutym 2017 spełniło się nasze marzenie i zostaliśmy rodzicami… a dziś ten mały człowiek ma już 3,5 roku i jest w stanie zagadać rodziców na każdy temat. Wiedzieliśmy, że chcemy, aby nasza Alicja miała rodzeństwo i postanowiliśmy nie czekać długo. Nie sądziliśmy, że to tak szybko się uda. Jak Alusia miała rok, kolejny test pokazał 2 kreski. To był styczeń 2018. Ciąża prowadzona tak samo: leczenie hormonów tarczycy, w przebiegu książkowo.
W październiku 2018 dołączyła do naszej rodziny Basia, dziś prawie dwulatka.

 

Na koniec, drogie aniołkowe mamy, drodzy aniołkowi rodzice po stracie, wiem co czujecie. To bardzo trudny czas dla Was, pełen ciężkich do zaakceptowania emocji, myśli. Pojawia się smutek, żal, poczucie niesprawiedliwości. Te emocje najlepiej przyjąć i dać sobie czas na to, aby je przeżyć i to jest potrzebne i bardzo w porządku. 

Jeśli potrzebujecie rozmowy, to naprawdę oczyszczające móc porozmawiać z przyjaciółką, rodziną a najlepiej osobą, która przeżyła to samo. Mnie w tym trudnym okresie przetrwać pomogła mama, która sama również znała te uczucia. 

Skorzystajcie także z pomocy profesjonalnej, zachęcam do rozmowy z psychologiem. 

A w końcu nie traćcie nadziei- ja w lipcu 2015 całkowicie straciłam, a jak widać dziś jestem szczęśliwą mamą dwójki. 

Wierzmy, że coś na nas jeszcze czeka.

Poroniłam dwukrotnie, spełnienie marzenia o zostaniu mamą zajęło mi prawie 3 lata. Teraz mam dzieci rok po roku (technicznie 🙂 Alicja jest z początku 2017, a Basia z końca 2018, w praktyce to 21 miesięcy więc prawie 2 lata). 
Alusia właśnie skończyła rok kiedy zaszłam w ciążę z Basią. Ktoś ostatnio powiedział:” Wow, odważnie”, ktoś inny pewnie nieraz pomyślał: „szalona”. To mi dało trochę do myślenia. I tak z perspektywy czasu mogę teraz powiedzieć, że to z odwagą miało niewiele wspólnego. To raczej strach, niepewność.. Boisz się i nie wiesz ile czasu potrwa staranie się o kolejną donoszoną ciążę.. Może znowu 3 lata, może 5.. Dlatego zaczęliśmy tak szybko i za bardzo nie analizowaliśmy. Bardzo pragnęliśmy rodzeństwa dla naszej Ali. Szczęśliwie udało się nam i wszystko było od początku w porządku.
 
Jak widać, nie ma reguły. Natura rządzi się swoimi prawami i jak to się mówi: wie co robi. 
 
 
Na sam koniec mam refleksję: ciąża to stan za każdym razem tak bardzo odmienny. Odmienny dla naszego organizmu i tak za każdym razem różny, inny. Wiem, że są mamy, które obawiają się, że jeśli miały w jednej ciąży problemy to w kolejnej też tak będzie. Być może, ale naprawdę nie musi. Jestem na to żywym przykładem. Wszystko zależy od aktualnej kondycji naszego organizmu. Możliwe, że nie jest w danej chwili gotowy. Dajmy sobie czas, a ten odpowiedni moment nadejdzie. 
 
Uściski i pozdrowienia :*
.
.
Zdjęcie powstało w najpiękniejszej werandzie na Śląsku u Magdy
Makijaż wykonała Asia
Close Menu