Historia nr 2 #projekt_tęcza

Kasia

Nigdy nie byłam osobą, która rozczula się na widok małego dziecka. Myśląc o swojej przyszłości wiedziałam jednak, że kiedyś być mamą.

Kiedyś….. Taki nieokreślony bliżej czy dalej czas.

Miałam już 30 lat i nadal nie czułam, że to właściwy moment. Było mi tak dobrze, nikt z najbliższej paczki znajomych nie miał dzieci i nawet o nich nie myślał.

Był sierpień i źle się czułam, moja siostra w żartach powiedziała „Może jesteś w ciąży” a mnie to przeraziło. Sprawdziłam i okazało się prawdą – dwie kreski na teście ciążowym, ginekolog potwierdziła, że to szósty tydzień i złożyła gratulacje. Spanikowałam.

Ale jak to? – myślałam – Teraz? Teraz nie, to niewłaściwy czas, zwolniłam się z pracy, zakładam własną działalność, przed nami wielka wakacyjna wyprawa. Nie teraz!

W tej trwodze trwałam 2 tygodnie, aż pewnej środy stanęłam przed lustrem, odsłoniłam brzuch, pogłaskałam (chyba każda znad tak robi 🙂 i pomyślałam z czułością o małym Okruszku. Poczułam się szczęśliwa jak nigdy dotąd. Cieszyłam się, że następnego dnia w gabinecie lekarskim usłyszę bicie serduszka mojego Maleństwa.

Na wizytę pojechaliśmy z mężem razem, oboje tacy szczęśliwi. Weszliśmy do gabinetu, rozmowa, badanie, zaniepokojona twarz pani doktor :

„Serce nie bije” – padają słowa, a moje serce rozpada się na miliony kawałków…

Pobytu w szpitalu prawie nie pamiętam, a może nie chcę. Leżałam na sali z kobietami czekającymi na poród. To była tortura.

Zabieg, powrót do domu, jesień – taki czas bez czasu, nie wiem co się działo, nikt nie znalazł słów, by pocieszyć. W mojej głowie tylko jedna myśl. Dlaczego? Długo trwało zanim znalazłam odpowiedź. Teraz już wiem* i pogodziłam się. Płaczę tylko, gdy słyszę kołysankę „Okruszek”.

Na córkę czekałam kolejne dwa lata. Po stracie nie mogłam zajść w ciążę. Pozytywny test wyszedł gdy traciłam już nadzieję. Ciąża nie była łatwa, zagrożona od 10 tygodnia, koszmarem, którego nikomu nie życzę

Jestem mamą Marysi od 8 lat. I chociaż nie jest łatwo, bo zagrożenie ciąży, niedotlenienie zostawiło po sobie ślad to jest ona największym szczęściem jakie mogło nas spotkać.

 

* Po tym jak zaszłam w ciążę i straciłam dziecko wszystkie pary z jakimi się wtedy przyjaźniłam zaczęły powiększać swoje rodziny. Myślę, że nasza tragedia uzmysłowiła im, że nie ma na co czekać, nic nie jest ważniejsze w życiu niż miłość. Teraz moja Maria ma dwanaścioro kuzynek i kuzynów. Nic nie dzieje się bez powodu, wszystko co nas spotyka ma głębszy sens. Ja w to wieże, ta myśl mnie ratuje.

 Od Autora:
Kasię znam od lat wielu… zawsze ceniłam Ją za mądrość, pracowitość i samozaparcie. Po studiach dość długo się nie widziałyśmy.
 
 
Spotkałyśmy się w szpitalu w 2012 roku – ja właśnie szczęśliwa urodziłam mojego Pierworodnego. Wróciłam do sali po swoje rzeczy. Kiedy zobaczyłam Ją na patologii, oczy zaszły mi łzami. Wiedziałam, że jedną ciążę już straciła. Popatrzyłam i jakby nigdy nic spytałam: „Kasia? Co Ty tu robisz?” Popłakała się… Ponieważ musiałam szybko wracać do mojego Maleństwa, powiedziałam tylko: „To moja sala, ja tu rządzę, ma nr 7 A to szczęśliwa liczba. Wszystko będzie dobrze…”
Wyszłam połykając łzy… Pamiętam jak karmiłam Syna, uśmiechałam się do Niego i myśląc o Kasi – modliłam…
 Kilka tygodni później na świat przyszła Jej Marysia – zdrowa i pogodna Dziewczynka.
 Jaka byłam szczęśliwa, kiedy spytała czy może wziąć udział w moim projekcie!
.
.
Zdjęcie powstało w najpiękniejszej werandzie na Śląsku u Magdy
Makijaż wykonała Kamila
Close Menu