Historia nr 1 #projekt_tęcza

Kasia

Byliśmy parą od sześciu lat…pamiętam z tego czasu niezwykłą rzecz…nigdy nie mieliśmy powodu do kłótni. Patrzyliśmy czasem na burzliwe związki naszych przyjaciół i tylko uśmiech między nami był niemą odpowiedzią, pozostawioną gdzieś w napiętej sytuacji. Dużo w nas było pozytywnych uczuć, pragnienia, radości bycia razem. Wtedy wyjeżdżałam już od siedmiu lat za granicę w okresie wakacyjnym, nasza miłośc po dwu- trzymiesięcznej rozłące rozkwitała jeszcze silniej.

Na początku czwartego roku studiów zaszłam w ciążę…nie od razu wiedziałam o małej istotce, która zamieszkała pod moim sercem…mój organizm nie dawał żadnych znaków, comiesięczny cykl odbywał się swoim rytmem, dość nieregularnie od jakiegoś czasu. Już wtedy wiedziałam, że hormony nie pracują prawidłowo, lekarz uspokajał, widząc przyczynę w odstawieniu tabletek antykoncepcyjnych. Brzuch jednak, jakby od jakiegoś czasu powiększony, któregoś dnia dał do myślenia a zrobiony, celem wykluczenia podejrzeń, test ciążowy wbił nas w ziemię…nie byliśmy gotowi na dziecko, jeszcze nie teraz…jeszcze tyle podróży było przed nami, jeszcze ostatni rok studiów, praca…poszliśmy wtedy na długi spacer… szliśmy, trzymając się za ręce, w milczeniu. Nie wypowiedzieliśmy wielu słów, ale wiedzieliśmy jedno…damy sobie radę.
 
Ciąża była bajeczna i choć musiałam pojawić się w szpitalu na zabiegu zamykającym szyjkę macicy, w szóstym miesiącu tańczyłam jak szalona na naszym weselu. W wakacje urodziłam cudownego chłopczyka, o czarnych jak smoła włoskach, który skradł nasze serca. I choć nie miałam wtedy bladego pojęcia, jak poradzić sobie z takim maleństwem, ten czas wspominam jako niesamowicie lekki i bez napięć… intuicja i wsparcie najbliższych pomogły przezwyciężyć kryzysy laktacyjne, mój powrót do szpitala z zakażeniem wewnątrzmacicznym i ponad 40-stopniową gorączką z drgawkami, powrót do karmienia naturalnego, ukończenie psychologii z najwyższą oceną na obronie i znalezieniem pracy.
 
Wzrastanie matczynych umiejętności w takim otoczeniu najbliższych nie mogło się nie powieść. Pomyśleć, że ten mały chłopczyk ukonczył w te wakacje 18lat…
 
W pracy awansowałam, otrzymując kolejne umowy. Mąż również miał stabilną posadę…pojawiło się pragnienie posiadania kolejnego dziecka. Myślenie nasze, tym razem, silniej oscylowało wokół poczucia bezpieczeństwa finansowego, dlatego czekałam na stałą umowę o pracę.
 
 
 
Lata płynęły a nasz najstarszy syn skończył 5 rok życia. Moje zdrowie zdawało się być stabilne, chociaż cykl był wciąż ten sam, nieregularny. Podjęliśmy starania o rodzeństwo. W ciążę zaszłam dość szybko, szczęśliwa planowałam pierwszą wizytę u ginekologa. W pracy mieliśmy wtedy gorący okres, ale czułam się dobrze i roznosiła mnie energia, jak zawsze, więc z chęcią zostawałam na nadgodziny. Pamiętam dobrze, jak poszłam do łazienki umyć winogrona, chwilę później dzwoniłam zapłakana do męża, widzą plamę krwi. Pojechaliśmy do szpitala. Na patologii ciąży nie było miejsc… trafiłam do ciemnych sal ginekologii operacyjnej i już na sam widok miałam przerażenie w oczach. Nie trwało jednak długo, kiedy usłyszałam bicie serduszka… spokój powrócił i nadzieja. Położyli mnie na obserwację, podając progesteron.
 
Niewiele pamiętam z tego okresu, teraz widzę oczami tylko drzwi wejściowe, w których staje lekarz i informuje mnie o kontrolnym usg po kilku dniach pobytu…a potem mam obraz monitora i słyszę słowa, że TAM już NIC nie ma…
– Ale moje dziecko przecież, panie doktorze…jak nie ma? niech pan dobrze sprawdzi….
Woła więc drugiego lekarza…na moje słowa, czy dla własnego spokoju…szukają…NIE MA…
 Komórka jajowa nie przetrwała, krwawienie było zbyt silne, organizm nie był gotowy na przyjęcie dziecka. 

 

– Zrobimy czyszczenie i puścimy Panią do domu – …tak po prostu…żadnych psychologów, informacji, wskazania drogi do znalezienia przyczyny, wsparcia w traumie…teraz jest inaczej,
 
W 2007r. nikt się nie przejął. Dali wypis z kartką, kiedy mam się zgłosić po wynik histopatologii.
Przeżyłam bardzo.. .nie rozumiałam, dlaczego…zamknęłam się w sobie. Udawałam twardą na zewnątrz, po nocach płakałam. Musiałam się jednak pozbierać, miałam przecież synka, który niewiele z tego rozumiał, musiałam też wrócić wkrótce do pracy.
 
Minęły 2 lata…dwa lata, podczas których zrobiłam badania, żeby znaleźć przyczynę…ponad rok starań, żeby zajść w ciążę, bezskutecznie. Lekarz nie widział niczego niepokojącego.
W 2009r. ujrzałam dwie upragnione kreski. Z niepokojem, po przebytych doświadczeniach, z nadzieją, że teraz będzie już dobrze.

Plamienie pojawiło się w 7 tygodniu… drogę do szpitala znałam z zamkniętymi oczami. Dostałam kroplówkę i zostałam, mąż wrócił być przy rozpoczynającym wtedy, pierwszą klasę, Synku. Tak bardzo było mi przykro, że nie mogę być na jego ślubowaniu, patrzeć na radość, być dumną i pewnie płakać ze wzruszenia.

Popłakałam się, kiedy po uroczystości przyjechali do szpitala… zobaczyłam go w birecie, pełnego emocji, opowiadał i pytał, kiedy wrócę do domu… w tym samym czasie, plamiłam coraz mocniej. Tego dnia emocji było wiele…chwilę wcześniej, na USG, lekarz z tajemniczym uśmiechem zapytał, czy słyszałam już serduszko? kiedy przecząco kręcąc głową, wpatrywałam się w niego z sercem nie mogącym zwolnić ani na chwilę, pokazał mi monitor…
– Bo ma pani dwa do wysłuchania...
Ciarki przeszły mnie po rękach (teraz czuję je dokładnie tak samo) i radość ogromna, pomieszana z lękiem, ze względu na plamienie…bliźnięta…marzyłam kiedyś tak bardzo, choć raczej jako pierwsze dzieci:) Teraz miało się to spełnić… nagle mieliśmy zostać rodzicami trójki…ekscytacja była ogromna!
Lekarz długo oglądał i mierzył, przybliżał…zniknął na chwilę i wrócił z innym lekarzem…oglądali obydwaj…
-Tak? – Chyba tak.
Jeden wyszedł…
– Nie mam dla pani dobrych wiadomości…ciąża jest wysokiego ryzyka… to rzadki przypadek ciąży bliźniaczej jedno-owodniowej jedno-kosmówkowej.
Nic z tego nie zrozumiałam! Wiedziałam tylko, że dzieci muszą żyć, musi się udać, wszystko będzie dobrze. Przenieśli mnie do sali, gdzie leżały mamy w zaawansowanych ciążach bliźniaczych. Dawało to nadzieję. Wiele rozmów i słów wsparcia wtedy otrzymałam. Kiedy krwawienie nie ustawało, a mój niepokój sięgał ponad stan do opanowania, przychodziła do mnie przemiła pielęgniarka…uspokajała, przytaczała przykłady, kiedy dzieci rodziły się zdrowe…to ona nocą zawiozła mnie na usg i ściągnęła lekarza, żeby sprawdził, czy dzieci mają się dobrze, bo nie mogłam zasnąć bez tej informacji...Kobieta Anioł.
Dobrze pamiętam, jak wtedy umysł podpowiadał mi obrazy, których nie było…widziałam swoją ukochaną babcię, którą prosiłam o wsparcie…była tuż za szybą… Prosiłam Boga o zdrowie dla maluszków…odchodziłam od zmysłów…modliłam  o zrozumienie. Doszłam do momentu, w którym moje myśli dostrzegły fakt, że dzieci urodzą się z wadami, bądź jedno z nich przeżyje kosztem drugiego…nie wiedziałam, czy dobrze się modlę, czy właściwie proszę, nie wiedziałam w pewnym momencie już nic, poza tym, jak bardzo pragnęłam ich mieć całe i zdrowe przy sobie.
Jeszcze tej samej nocy krwawienie okazało się tak silne, że poroniłam. Wypłakanych łez nie da się zmierzyć…
 
Procedura była mi już znana…nikt nie pytał o pogrzeb…ciąża była zbyt mała. Wróciłam do domu tuż przed swoimi urodzinami, przygnębiona jak jeszcze nigdy w życiu. Bez odpowiedzi. Nie umiałam znaleźć jej w sobie. Psychicznie jako psycholog poległam.
Miałam miłość męża, synka, rodziców i najbliższych, którzy wiedzieli. Plus czas. Wystarczyło, by się podnieść, poukładać myśli, nie poddać.
Zmieniłam lekarza. Komplet właściwych badań. Nieprawidłowa krzepliwość krwi.
Profesor zlecił również badania mężowi, wybieraliśmy się do Warszawy po Świętach Bożego Narodzenia.
Nie zdążyliśmy… 8 stycznia kupiłam test…był pozytywny:) mąż studził moje emocje, wiedział, ile mnie to kosztowało, chciał oszczędzić kolejnego rozczarowania.
Pojechaliśmy do lekarza, dostałam zastrzyki w brzuch i leki podtrzymujące. Profilaktycznie.
Plamienie pojawiło się, kiedy podniosłam garnek z zupą. Powrót stanów lękowych i omdlenie było natychmiastową reakcją organizmu. Lekarz zwiększył mi dawkowanie leków i kazał położyć do łóżka. Nie mogłam nic dźwigać, leżałam pięć miesięcy. Nie wiem, jak to zniosłam, teraz wydaje mi się tylko chwilą ten stan. Synek okazał się być silny, urodziłam go naturalnie, będąc równie silną. Zdrowego. Cudownego. Emocje, jakie temu towarzyszyły i moja wdzięczność, są trudne do ubrania w słowa.
 
Macierzyństwo zyskało kolejną barwę, nowe doświadczenia, nowe wyzwania, kolejną miłość.
Nie planowaliśmy więcej dzieci, wróciłam do pracy po macierzyńskim. Po pół roku planowaliśmy wyjazd z kraju. Wszyscy razem.
 
Załatwiliśmy nową pracę dla obojga, opiekę do najmłodszego. Mieliśmy tymczasowy dom do zamieszkania, ale jechaliśmy szukać mieszkania na dłużej. Plan wyjazdu zapięty na ostatni guzik, nagle samochód, dwa dni przed wyjazdem, okazał się potrzebować serwisu. To nas zatrzymało na kilka dni, podczas których uświadomiłam sobie, że okres (który uregulował się po urodzeniu synka) spóźnia się kolejny dzień…
Poszłam od razu na badanie HCG. Mało mi oczy nie wyskoczyły, kiedy odczytywałam wynik…tak wysokiego stężenia nie miałam w poprzednich ciążach! Nie pozostawiało wątpliwości. Wizyta, badania, usg. Wszystko w porządku. Lekarz, znający moją historię, uspokoił mnie, zabezpieczył w lekarstwa i powiedział, żebym nie rezygnowała z planów. Pojechaliśmy, pracowałam, nie wierzyłam, ale plamienia nie pojawiły się, ciąża rozwijała się prawidłowo. Wróciliśmy jednak po dwóch miesiącach. Chciałam urodzić w Polsce, zrezygnowaliśmy z przeprowadzki z takim maluszkiem i nowej szkoły dla syna w takich okolicznościach. Najmłodszy poszedł do przedszkola w Polsce, straszy wrócił szczęśliwy do kolegów.To był dobry wybór. Z niedowierzaniem urodziłam córkę w lutym 2015r.
 
Nadal pozostawałam w zatrudnieniu w dotychczasowej firmie, skorzystałam z urlopu macierzyńskiego a mając w planach rozwój własnej marki, poszłam na urlop wychowawczy. Podjęliśmy w tym czasie współpracę z inną firmą, po powrocie z wyjazdu szkoleniowego, poczułam dobrze znany mi ból podbrzusza. Wiedzieliśmy, że raczej nie jest możliwe, abym była w ciąży, ale natura okazała się sprytniejsza…badanie Hcg nie mogło się mylić…i nie myliło. W żadnej ciąży nie czułam się tak dobrze, Żadnej nie znosiłam tak lekko i bez stresów, żeby latać samolotem do ciepłych krajów. Tym razem byłam zupełnie spokojna i to zapewne też miało swój wpływ na jej przebieg. Teraz widziałam, jak wielkie znaczenie ma spokój wewnętrzny i dobry lekarz.
 
Urodziłam trzeciego synka niecałe dwa tygodnie po swoich 40 urodzinach. 

Czy wierzę w dobrą energię, liczby, znaki? w przychodzenie dzieci we właściwym dla nich czasie, do ciał dla nich odpowiednich…?Straciłam trójkę dzieci, kiedy mój organizm był niewydolny, nie mógł zapewnić odpowiednich warunków rozwoju kształtującym się istotom. Dostałam trójkę wspaniałych, zdrowych dzieci, kiedy przyszedł na to czas. Nie zawsze jest on zgodny z naszymi oczekiwaniami. Najważniejsze, aby nigdy nie zwątpić.

Close Menu